04.12.2014

love, rosie

love, rosie
Pojawiło się u mnie troszkę książkowych nowości. Czas przed Świętami powoduje, że pieniądze wydaje się przyjemniej. To moment istnego szaleństwa, trzeba kupić prezenty, wypadałoby zmienić dekoracje świąteczne i te "promocje" tak biją nas po oczach.
Wychodzę z założenia, że pieniędzy na książki wcale nie powinno nam być szkoda, choć czasem miewam wyrzuty sumienia. Ostatnio jednak postanowiłam owocnie wydać oszczędności. Tak oto do mojej domowej biblioteczki trafiły trzy książki: "Love, Rosie" , "Francuski szyk" oraz "Księga stylu Coco Chanel"

Dziś, szerzej mogę przybliżyć wam lekturę "Love, Rosie" napisaną przez Cecelię Ahern, tę samą która napisała kultowe "Ps. kocham Cię". O moim wyborze zadecydował fakt, iż na podstawie powieści również powstał film, który dnia jutrzejszego ma swoją premierę (tj. 05-12-2014). Główną rolę w filmie gra niesamowita Lily Collins.

Książka ma ponad 500 stron, które czyta się błyskawicznie. Wciąga, szokuje, gra na emocjach. Jest napisana w innej formie niż znane nam książki. Otóż czytamy prywatną korespondencję bohaterów powieści. Najpierw poznajemy liściki pisane przez Rosie i Alexa w czasie lekcji, następnie szpiegujemy ich emiale, smsy i zapisy rozmów telefonicznych. Losy wszystkich bohaterów poznajemy dzięki temu, że w rodzinie Rosie, kobiety żyją w zgodzie z piękną tradycją... piszą listy.

A kim właściwie jest tytułowa Rosie? Poznajemy ją jako małą dziewczynkę, której zawsze towarzyszy Alex. Przyjaźnią się całe dzieciństwo, są nierozłączni. Nagle już nastoletni Ależ opuszcza rodziną Irlandię i wraz z rodzicami przeprowadza się do Bostonu. Czy odległość zniszczy prawdziwą przyjaźń? Jak wyglądałaby przyszłość Rosie, gdyby Alex był tuż przy niej?

Cały opis fabuły brzmi dość banalnie, ale czasem taki banał jest najpiękniejszy. "Love, Rosie" z powodzeniem mogłaby być lekturą również dla młodzieży. Przeczytałam ją momentalnie, choć chwilami tęskniłam za "normalną" formą powieści. A tu znowu listy... które odgrywały główną rolę również w "Ps. Kocham Cię". Jednak gdy dotarłam do końca, byłam przekonana, że taka forma była jedyną słuszną, by w pełni oddać losy Rosie Dunne. Was zapraszam do lektury a sama "pędzę" do kina!
love rosie recenzja

3 komentarze:

  1. ja rzadko kupuję książki, wolę wypożyczyć z biblioteki :)

    OdpowiedzUsuń
  2. zapamiętam książkę i chętnie po nią sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń